- Obiecuję ci, Julianne, jeszcze raz spróbujesz wymknąć się z domu w środku nocy, a odeślę cię do rodziców. To nie jest Helston, do diabła! Zdążyłaś już poznać Londyn, wiesz, jacy ludzie mieszkają w tym mieście, wiesz, co się dzieje po zmroku! Czytasz gazety!
- Chciałam tylko... - zaczęła cicho Julianne, ale Blythe przerwał jej od razu, podnosząc głos.
- Nie obchodzi mnie, czego chciałaś! Twoi rodzice pozwolili ci tutaj przyjechać, bo byli pewni, że ja i Archibald zaopiekujemy się tobą. Nie możemy zapewnić ci bezpieczeństwa, jeśli sama o nie nie dbasz! Jesteś młodą dziewczyną, ulice nocą nie są dla ciebie odpowiednim miejscem, jest tam masa osób, która tylko czeka na takie zagubione duszyczki jak ty. Masa osób, które mogłyby zrobić ci krzywdę! Julianne, czy to do ciebie dociera?
- Ty wychodzisz późno – wymamrotała młoda Hammilton, pociągając nosem i wycierając rękawem sukni mokrą od łez twarz.
- Na miłość boską! Jestem mężczyzną! - Dziewczyna wzdrygnęła się, gdy Blythe uderzył pięścią w stół. - Potrafię o siebie zadbać! Poza tym, jak chciałaś mnie znaleźć? Gubisz się na trasie dom-kościół. Czy naprawdę chciałaś błądzić w ciemnościach po mieście?
Na policzki Julianne wylał się szkarłat a ona sama opuściła głowę, wlepiając wzrok w podłogę. Gdy zrozumiała, że Bennett czeka na odpowiedź, odezwała się ochrypłym głosem:
- Miałam zamiar cię zawołać.
Blythe obrzucił ją spojrzeniem pełnym politowania, a później ukrył twarz w dłoniach, próbując się uspokoić. Czy ta dziewczyna musiała być taka... naiwna?
- Martwiłam się. Długo nie wracałeś. Myślałam, że coś ci się stało.
- Nawet gdyby tak było, to nie powód, żebyś opuszczała dom i wychodziła mnie szukać nie wiadomo gdzie! Całe szczęście, że Archibald zatrzymał cię przed drzwiami. Robi mi się niedobrze, gdy sobie pomyślę, co mogłoby cię spotkać.
Julianne ocierała mokre od łez policzki, jednocześnie wpatrując się w grymas na twarzy Blythe'a.
- Jesteś zły – powiedziała cichutko, robiąc krok w stronę chłopaka.
- Nie – warknął Bennett. - Jestem wściekły!
Cisza, jaka zapadła w kuchni, gdzie toczyła się rozmowa, była niemal namacalna. Mogłoby się wydawać, że zarówno Julianne, jak i Blythe, wstrzymali oddechy, żeby w żaden sposób jej nie zakłócić. Sekunda wlekła się za sekundą, trzecia, czwarta, dwudziesta. Minęły dwie minuty, Bennettowi dzwoniło w uszach, najpierw cicho, później jednak coraz głośniej, a gdy natarczywy dźwięk stał się prawie nie do wytrzymania, przeklął głośno, nie zwracając uwagi na oburzenie młodej Hammilton, po czym szybkim krokiem opuścił pomieszczenie.Julianne stała jeszcze przez chwilę na środku kuchni, patrząc na swoje zniekształcone odbicie w lśniących garnkach wiszących nad blatem. Nie rozumiała, czemu Blythe tak bardzo się zdenerwował, ostatecznie przecież nic się nie stało, prawda?
***
- Mam dość niańczenia Julianne Hammilton! Jest zupełnie jak małe dziecko. Naiwna, bezbronna, uparta i ciekawa wszystkiego. Dlatego wczoraj nie przyszedłem – byłem wściekły i nie chciałem przelewać tego na ciebie.
- Nadal jesteś – odpowiedziała Edith, machając nogami zwisającymi z ławki. Do ziemi brakowało jej prawie dwudziestu centymetrów.
- Oczywiście! To tak szybko nie przechodzi. Poza tym zobaczyłem ją dzisiaj rano, uśmiechniętą, zrelaksowaną, chyba już zupełnie zapomniała o naszej wczorajszej kłótni, tak jakby w ogóle nie miała miejsca.
- A nie pomyślałeś, że może jesteś nadopiekuńczy? Że przesadzasz? Przecież właściwie nic złego się nie stało.
Blythe spojrzał na dziewczynkę z mieszaniną niedowierzania i oburzenia wymalowaną na twarzy.
- Ja przesadzam? Edith, może nie wykażę się teraz subtelnością, ale jesteś martwa! Zabili cię ludzie, przed którymi chcę chronić Julianne! Zabił cię ten parszywy Londyn! To dlatego jesteś tu teraz uwiązana... – Bennett zamilkł nagle.
Edith spuściła wzrok na ziemię i podkuliła nogi, obejmując je ramionami.
- Masz rację, przepraszam.
Mała Pearl spojrzała na Blythe'a, gdy ten nic nie odpowiedział, ale chłopak siedział tylko z szeroko otwartymi oczami.
- Blythe? - dziewczynka dotknęła ramienia swojego towarzysza, próbując wyrwać go z odrętwienia. Bennett wzdrygnął się i spojrzał na Edith niewidzącym wzrokiem.
- To dlatego jesteś tu teraz uwiązana – powtórzył dużo ciszej. - Och, czemu byłem taki głupi? Nie wierzę, że nie domyśliłem się tego wcześniej.
- Blythe, o co chodzi?
- To dlatego jesteś tu teraz uwiązana – Bennett uśmiechnął się szeroko i zerwał z miejsca, kręcąc z niedowierzaniem głową.
- Tak, już to mówiłeś. Dwa razy – Edith wydawała się być zaniepokojona.
- Przecież to było takie oczywiste! - chłopak zaczął krążyć w kółko, pukając się przy tym w czoło.
- Co takiego?
- Twoja smycz!
- Chyba nie do końca cię rozumiem – przyznała Pearl, rozglądając się po placyku przed piekarnią na Harrington Road. - Wróć. W ogóle cię nie rozumiem. Możesz przestać zachowywać się jak obłąkany i wytłumaczyć mi wszystko po kolei?
Bennett przystanął i spojrzał na ducha dziewczynki, wyraźnie uszczęśliwiony.
- Musimy znaleźć twojego zabójcę. - Edith wzdrygnęła się. - Twojego i Malcolma.
- I co wtedy?
- Złapiemy go i wydamy policji. To powinno załatwić sprawę uwiązania.
- Jasne – powiedziała z sarkazmem Pearl. - Rzucimy się na niego i zwiążemy, a później zawołamy policję. Zamkną go i po kłopocie. Och, zapomniałam, trzeba go najpierw znaleźć. No i zmusić, by przyznał się do winy. Pestka. - Dziewczynka prychnęła i skrzyżowała ręce na piersi.
- O to się nie martw. – Blythe zmrużył oczy, jakby właśnie widział całą sytuację. - Trzeba będzie odwiedzić kilku ludzi... - mruczał do siebie. - Tak, Edwin też się przyda... Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem – powiedział, już do Edith – to niedługo będziesz wolna.
- A jaki jest plan? - zapytała Pearl, wpatrując się w Bennetta. W jej głosie słychać było nutę sceptycyzmu.
- Pracuję nad tym.
***
Plan był prosty, przynajmniej z założenia, jednak żeby został zrealizowany, należało, jak słusznie zauważyła Edith, znaleźć człowieka, który w bestialski sposób pozbawił życia dwójkę niewinnych dzieci. I tu pojawiał się Edwin. A raczej powinien się pojawić, bo jak na razie spóźniał się dwadzieścia dwie minuty. Blythe czekał na niego na brzegu Tamizy od szóstej trzydzieści, jak zwykle niewyspany i podirytowany. Przysiadł na piętach i schował zmarznięte dłonie pod pachy – początek kwietnia może i był ciepły, może i sygnalizował nadejście wiosny, ale na pewno nie tak wcześnie rano, i nie z pustym żołądkiem.
Przeklęte duchy, pomyślał Blythe, gdyby nie one, w ogóle by mnie tu nie było. Siedziałbym sobie spokojnie w cichym Helston i zachowywał się jak każdy normalny chłopak w moim wieku. Nie miałbym też na karku Julianne i jej nieposkromionej ciekawości, przez którą pewnie prędzej czy później wpadnie w jakieś kłopoty. I na pewno nie pomylę się, jeśli założę, że ta ja będę tym, który będzie musiał ją z nich wyciągać.
Przeklęty Londyn. Brutalność i podłość szerzą się tutaj jak epidemia, bieda i rozpusta nachodzą miasto jak plaga szarańczy, a różnica między biednymi a bogatymi jest tak wyraźna, jak pomiędzy białym i czarnym.
- Przeklęty Edwin... - zaczął Bennett, jednak nie dokończył, bo coś boleśnie ugodziło go w tył głowy.
- Jeszcze nie zdążyłem otworzyć ust, by się przywitać, a ty już mnie przeklinasz. - Za plecami Blythe usłyszał niski, lekko ochrypły śmiech. Odwrócił się błyskawicznie, cały czas rozcierając sobie tył czaszki i stanął twarzą w twarz z Edwinem Vasinisem.
- Spóźniłeś się. Prawie pół godziny – wysyczał Blythe, zadzierając podbródek do góry, by móc spojrzeć Edwinowi w oczy. Było to błędem, bo gdy tylko natrafił na jego rozmarzone, ciepłe spojrzenie, z miejsca opuścił go gniew. Zamiast wyrzucić z siebie kilka nieprzyjemnych słów, ze złości rwących się na wolność, westchnął tylko cicho i wcisnął ręce do kieszeni płaszcza.
To była jedna z wielu broni Edwina. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak łachmyta, w pocerowanych i poplamionych smarem spodniach, za dużej kurtce i dziurawych butach, ale jeśli znalazł się ktoś, kto próbował dojrzeć w nim coś więcej, znajdował to w jego twarzy i brązowych oczach marzyciela, otoczonych kurtyną ciemnych, długich rzęs.
- Wybacz – odpowiedział przybysz, pocierając kilkudniowy zarost na brodzie. - Miałem kilka spraw do załatwienia.
- O szóstej rano?
- W przeciwieństwie do co poniektórych – Edwin zerknął znacząco na Blythe'a – ja muszę sam na siebie zarabiać.
Bennett opuścił głowę, zawstydzony.
- Mówiłem ci tyle razy, mógłbym ci pomóc... Gdybyś tylko... - mruczał pod nosem.
- Nie potrzebuję niczyjej pomocy. Nie chcę być czyimś dłużnikiem. Sam sobie radzę – powiedział Vasinis z uśmiechem, rozkładając szeroko ręce. Poły wytartego i połatanego płaszcza zatrzepotały po jego bokach jak skrzydła. Bennett wzdrygnął się, widząc jak powyciągany sweter z golfem wisi na jego koledze jak na wieszaku. Spodnie trzymały się jego bioder już chyba tylko z przyzwyczajenia.
- Znowu schudłeś – wyrzucił Blythe, odgarniając z oczu grzywkę czarnych włosów i wykrzywiając usta.
- Tak się szybciej biega. Edwin puścił oko.
Blythe pokręcił głową z niedowierzaniem. Otaczali go sami szaleńcy. Roztargniony Archibald, naiwna, nieświadoma zagrożeń Julianne i beztroski Edwin.
Bennett zdjął swój ciepły płaszcz, później bezrękawnik i został w samej koszuli. Odpiął szelki od spodni i podał je Edwinowi, po czym z powrotem się ubrał.
Vasinis patrzył na poczynania chłopaka z uniesionymi brwiami.
- Nie biega się tak szybko z opuszczonymi spodniami – wyjaśnił Blythe, widząc zdziwienie wymalowane na twarzy towarzysza.
- Dziękuję – powiedział szczerze Edwin i wcisnął szelki do kieszeni płaszcza. - No dobra. Były czułości, to może teraz przejdźmy do interesów. Po tobie mam jeszcze kilka miejsc do obejścia.
Blythe skinął głową i wyciągnął z tylnej kieszeni spodni złożoną na pół kopertę.
- Przeczytaj to, jak już będziesz w domu. I wieczorem daj mi odpowiedź, czy chcesz się w to angażować. Może być niebezpiecznie.
Vasinis obrzucił kolegę spojrzeniem pełnym politowania.
- Gdyby to nie było niebezpieczne, nie prosiłbyś mnie o pomoc – zauważył, chowając kopertę do wewnętrznej kieszeni płaszcza. - Przeczytam i dam ci odpowiedź wieczorem – zapewnił Edwin, posyłając Blythe'owi szeroki uśmiech. - A teraz wracaj do domu. Dziewczyna czeka.
- Julianne Hammilton nie jest moją dziewczyną – wycedził Bennett przez zaciśnięte zęby, jednocześnie ganiąc się za to, że zabrzmiało to tak, jakby było mu przykro z tego powodu.
- Jasne, jasne – Edwin machnął ręką, jednocześnie jako pożegnanie i znak ucinający rozmowę. - Do zobaczenia, duchołapku!
- Niech cię diabli! - zawołał Blythe za oddalającym się kolegą, który w odpowiedzi odwrócił się i posłał mu całusa.
Bennett zacisnął pięści i wziął głęboki oddech. Sprawy czekają.
***
Londyn, a przynajmniej jego porządniejsza część, układał się do snu. W oknach kamienic powoli gasły światła, przez co uliczki stawały ciemniejsze i bardziej niebezpieczne. Z nieba leniwie siąpił deszcz, jednak niewystarczająco mocno, by zmyć zalegający po całym dniu kurz. Przy ziemi unosiła się rzadka, niestała mgła, sprawiająca wrażenie, jakby za chwilę miała się rozpłynąć w powietrzu. Blythe najpierw wyczuł czyjąś obecność, zanim zauważył zbliżającą się w jego kierunku postać o znajomym, pingwinim chodzie. Cofnął się kilka kroków w głąb bramy, by ciemność go ukryła i dopiero, gdy nieznajomy przeszedł obok niego, wychylił się zza winkla. Smród jaki ciągnął się za zombie był nie do zniesienia – odór rozkładającego się ciała i coś, co chyba miało go chociaż trochę przytłumić. Blythe wciągnął powietrze i odszyfrował sekretny składnik – naftalinę.
Chyba muszę mu powiedzieć, że to nie działa – szepnął do siebie, po czym ruszył za nieznajomym. To było trochę jak deja vu, z tym, że teraz Blythe był całkowicie wyspany i nie musiał patrzyć pod nogi w obawie przed potknięciem. Zamiast tego utkwił wzrok w sylwetce, przyrzekając sobie w duchu, że nie spuści z niej oka, i że tym razem jej nie zgubi. Nieznajomy przystanął na rogu Somerset Avenue i Lancaster Road*, oparł się ciężko o ścianę najbliższego budynku i z trudem uniósł rękę do oczu. Odczytał godzinę z zegarka i potoczył wzrokiem po okolicy. Najwyraźniej nie dostrzegł niczego niepokojącego, bo odchylił głowę do tyłu, przyciskając ją do zimnego kamienia i zamknął oczy, jakby odpoczywał bo wielkim wysiłku. Cóż, pomyślał Blythe, zmuszenie stu dwudziestu kilogramów psującego się mięsa do ruchu, można uznać za nie lada wysiłek. Blythe skrył się za kolumnami drewnianych skrzyń, wystawionych z pobliskiego sklepu i czekał cierpliwie na to, co zrobi ten chodzący smród.
Kilka minut później do uszu Blythe'a dotarł odgłos kroków, niesiony przez ciemność wzdłuż ulicy i zwielokrotniony przez echo. Chłopak wychylił głowę ze swojej prowizorycznej kryjówki, by zobaczyć, kogo przywiało, ale chyba przecenił swoje możliwości widzenia w nocy z odległości kilkudziesięciu metrów. Jedyne, co zdołał dostrzec z takiej odległości, to dwie sylwetki. Jedną już znał, bo należała do osoby, którą wcześniej śledził – pękaty tułów na krótkich, serdelkowatych nóżkach i mała głowa wyrastająca prawie bezpośrednio z ramion – jakby zombie nie miał szyi. Druga osoba była szczupła i wysoka, odziana w długi płaszcz, sięgający niemal do ziemi. Światło latarni zabłąkało się w pobliże tej dwójki i odbiło od okularów tego wysokiego. Blythe zmarszczył czoło w przypływie nowych myśli. Ten ktoś był człowiekiem. Jedyna martwa dusza w promieniu stu metrów należała do zombie. Co to za dziwne spotkanie?
Po szybkiej wymianie zdań, z której Blythe nie usłyszał ani słowa, wysoki odwrócił się i ruszył tą samą drogą, którą przyszedł. Zombie, po chwili wahania, poczłapał za nim, kołysząc się na boki.
Bennett potrzebował ułamka sekundy, by zastanowić się nad tym, co powinien teraz zrobić. Zdawał sobie sprawę z tego, że nieodpowiedzialnie postępuje – nic nie wiedział o tych ludziach, nie miał pojęcia, co mogli mu zrobić, gdyby się zorientowali, że są śledzeni, ale niezwykle ciekawiło go to, jakie rzeczy mogą łączyć zombie i żywą istotę. Pokręcił głową, zdumiony swoim brakiem instynktu samozachowawczego i, czując, że robi coś bardzo, bardzo głupiego, podążył za dwójką nieznajomych, kryjąc się w cieniu kamienic.
Wędrówka nie była długa. Niespełna dziesięć minut później wysoki i zombie zniknęli w bramie ładnej i wyglądającej na zadbaną czynszówki. Ciemnoszara cegła była mokra i oślizgła od padającego deszczu. Blythe zlustrował ją od dołu do góry – w żadnym z okien nie paliło się światło. Z nieco szybciej bijącym sercem przeszedł na podwórko z tyłu kamienicy i rozejrzał się w poszukiwaniu dwójki nieznajomych. Nigdzie ich nie dostrzegł, ale po drugiej stronie zobaczył uchylone drzwi komórki i sączące się zza nich światło. Bez zastanowienia pokonał dzielącą go od jasności odległość i, modląc się w duchu, by zawiasy nie zaskrzypiały, otworzył szerzej drzwi, nasłuchując. Z dołu nie dobiegały żadne odgłosy, jakby nikogo tam nie było. Wszedł na pierwszy stopień, a w nozdrza wdarła mu się przykra woń zgnilizny i metaliczny zapach krwi, ale też coś, co można było poczuć w szpitalu. I alkohol.
Może gdyby chłopak nie był tak bardzo pochłonięty rozpoznawaniem zapachów, usłyszałby, że drzwi komórki otwierają się na całą szerokość. Chwilę później oberwał w głowę czymś ciężkim i sturlał się po schodach na sam dół. Ciemność napierała na oczodoły i wciskała się przez uszy do czaszki, zabierając mu resztki świadomości. Po plecach, plamiąc koszulę i bezrękawnik, spływała stróżka ciepłej, lepkiej krwi.
Blythe był jeszcze przytomny, gdy słyszał odgłos zatrzaskiwanych drzwi i przesuwanie rygla. Chciał się podnieść i biec na górę, ale nie mógł odnaleźć swoich kończyn. Nie potrafił zmusić się do żadnego ruchu. Leżał na ziemi z rozrzuconymi rękami i poplątanymi nogami, walcząc z nagłą falą otępienia. Ból przybrał na sile, wwiercając się w czaszkę i pozbawiając młodego Bennetta przytomności.
Z całym szacunkiem, Blythe. Decyzja o zaglądaniu do cudzej komórki o jedenastej w nocy nie należała do najmądrzejszych w twoim życiu.
*Nazwy ulic to moje czyste widzi mi się, tzn. takie ulice wtedy istaniały, ale niekoniecznie tam, gdzie je umieściłam.
_________
Z całym szacunkiem, znowu minęło kilka ładnych miesięcy, a mnie jest cholernie wstyd, że taki ze mnie leń. Nawet jak wiem, co mam napisać, nie chce mi się uśiąść przed komputerem i ubrać tego w słowa. Czasami po prostu brak mi słów, a wtedy się wściekam. A jak się wściekam, to jeszcze bardziej brak mi słów i to takie błędne koło.
Dziękuję wytrwałym czytelnikom, jeśli jeszcze się takowi ostali.
Dziękuję za poprzednie komentarze i z góry za te przyszłe.
Zainteresowanych powiadamianiem zapraszam do Księgi.
|
|
niewtąmańkę. :: wtorek, 30 sierpnia 2011 10:49:51 95.178.64.176 |
|
Łiii, uwielbiam wściekłego Blythe'a, który martwi się o Julianne. Mimo że to kłótnia, to została świetnie rozpisana i poprowadzona; przedstawia charakter i sposób myślenia Julianne w całej okazałości.
|
|
|
maria_antonina :: wtorek, 30 sierpnia 2011 22:36:46 89.79.48.2 |
|
Kochana to było... nieziemskie, niesamowite i cudowne! Już Ci mówiłam, że przeczytam całość Twojego opowiadania, jednak do tego muszę przysiąść na dłużej do komputera. Niestety.
|
|
|
maria_antonina :: sobota, 3 września 2011 23:00:57 178.56.34.20 |
|
Kochana czekam na nowość! :) |
|
|
maria_antonina :: niedziela, 4 września 2011 16:12:22 89.79.48.2 |
|
Kochana! Tydzień to miał być od ostatniej notki! Ja Cię zmartwię, ale chyba się uzależniłam od Twojego opowiadania... Dawno czegoś takiego nie miałam - żeby w świecie blogów znaleźć coś co się czyta jak książkę... Co prawda widząc Twój wcześniejszy odstęp pomiędzy postami specjalnie zostawiłam sobie poprzednie części opowiadania, ale jednak chce już coś szybciutko! :)
|
|
|
Arietta :: wtorek, 6 września 2011 20:43:46 89.75.154.139 |
|
Przeczytałam dwa pierwsze rozdziały pierwszej księgi i zainteresowało mnie to. Mam również zamiar przeczytać całość, więc nie przestawaj pisać. Byłoby szkoda :) |
|
|
Azriel :: poniedziałek, 12 września 2011 19:20:02 213.241.57.233 |
|
W końcu jakoś odnalazłam drogę do tego bloga ;) Tyle mnie nie było, ale szczęśliwie, historia zapadła mi głęboko w pamięć i nie musiałam czytać wszystkiego od początku. Znów nie mogę się nadziwić nad tym jak pięknych opisów używasz, zazdroszczę z całego serca. Rozdział bardzo przypadł mi do gustu, a szczerze mówiąc to Edwin powalił mnie na kolana. Mam nadzieję, że w następnych rozdziałach będzie go dużo, dużo więcej :)
|
|
|
Rosemary. :: sobota, 17 września 2011 12:52:09 83.10.171.32 |
|
Kiedy, kiedy, kiedy?
|